My, mamy – nowy cykl na blogu

przez tublu
my, mamy - Joanna Pachla, Tola Piotrowska

Dzisiaj ruszamy z naszym nowym cyklem „My , mamy”. Raz w miesiącu rozmawiamy z jedną z zaprzyjaźnionych mam o jej macierzyńskich rozterkach, ciąży, kompletowaniu wyprawki.

Dzisiaj zaczynamy od rozmowy z Joanną Pachlą, która na swoim blogu i instagramowym koncie @joannapachla bez ogródek i ściemy opowiada o związkach, relacjach, miłości, kobiecości. Podziwiamy Asię za jej bezkompromisowość, otwartość w mówieniu o rzeczach trudnych i ważnych. Ale zaglądamy do niej również po garść inspiracji i z przyjemnością korzystamy z poleceń. Podobnie zresztą jak cudowna, zaangażowana społeczność, którą Joanna zbudowała wokół siebie.

Asia już za chwilkę po raz drugi zostanie mamą i cieszymy się bardzo, że znalazła czas, żeby odpowiedzieć na kilka naszych pytań.

 

Niedługo po raz drugi zostaniesz mamą – jak się czujesz?

Zmęczona!  Jeśli już o poprzedniej ciąży mówiłam, że przejechała po mnie jak czołg, to na tę brakuje mi słów. Chociaż mój Paweł twierdzi, że ja po prostu wszystko tak skutecznie wyparłam. Że tamta była równie trudna, tylko dzisiaj zwyczajnie już tego nie pamiętam. I w sumie jestem w to w stanie uwierzyć. Razem z moim lekarzem śmiejemy się, że gdyby kobiety pamiętały wszystko z pierwszej ciąży i pierwszego porodu, to na drugie dziecko żadna z nas już by się nie zdecydowała.


Czy zauważasz różnice między tą ciążą, a tą, gdy czekałaś na Stasia?

Na pewno jest mniej komfortowo, bo mam mniej czasu. Doba nie jest już tylko moja. Wtedy spałam, ile tylko mogłam, układałam wszystkie plany wyłącznie pod siebie. Teraz najważniejszy jest Staś i nie chciałam, żeby to się choć trochę zmieniło. Oczywiście, życie okrutnie zweryfikowało te plany, bo jak człowiek wymiotuje po kilka razy dziennie, to siłą rzeczy nie jest najlepszym kompanem do zabaw – zwłaszcza dla tak energicznego czterolatka. Natomiast robię, co mogę, żeby Staszek nie czuł się w tym wszystkim poszkodowany. Chociaż to już duży chłopczyk i rozumie, że mama potrzebuje np. drzemki w ciągu dnia. Z innych rzeczy nie zmieniło się chyba nic. Nadal odczuwam paniczny lęk przed porodem oraz dziką radość przy kompletowaniu wyprawki. Jest ciężko, ale i pięknie.


Czy ciąża w czasach pandemii jest trudniejsza?

Zdecydowanie, bo do lęku o ciążę dochodzi też lęk przed zarażeniem. Chyba wszyscy słyszeliśmy te okropne historie o rodzeniu w szpitalach covidowych, o matkach wcześniaków, które tygodniami czy miesiącami nie widziały swoich nowo narodzonych dzieci. To są prawdziwe dramaty. Do tego wszystko to, co kiedyś przychodziło bez problemu, dziś już lekko przeraża. Jak choćby zwykła wizyta w przychodni, żeby zrobić rutynowe badania krwi. Ja mam jeszcze ten komfort, że mieszkam w Warszawie – tutaj laboratoria są na co drugiej ulicy i mogę sobie pozwolić na to, żeby wybierać te najmniej oblegane i całą ciążę prowadzić prywatnie. Ale co muszą czuć te mamy, które są skazane na regularne wizyty w publicznych przychodniach albo pobyty w szpitalach? Do tego dochodzi kwestia samego porodu. Dziś ojciec może uczestniczyć jedynie w porodzie naturalnym, podczas cesarskiego cięcia już nie. Do tego jest całkowity zakaz odwiedzin, więc kobieta nie może liczyć na żadne wsparcie i tak naprawdę zdaje się na łaskę i niełaskę szpitala. I to chyba najbardziej przeraża.


Czy i jak przygotowujesz Stasia na przyjście na świat nowego, małego członka rodziny?

Tak, pewnie! Staś od początku jest bardzo zaangażowany. Nie ma dnia, żeby nie pytał o dzidziusia, nie całował i nie głaskał brzuszka. Ma też już całą masę planów na bycie starszym bratem. Ale to naprawdę urocze, kiedy pytamy go, co chce na urodziny, a on wymienia ukochane klocki i prosi o drugi zestaw dla dzidzi, żeby czekał już, jak dorośnie. Natomiast nie robimy jakichś specjalnych rozmów uświadamiających, wszystko przychodzi super naturalnie. Mamy kilka książeczek o pojawieniu się rodzeństwa, do tego angażujemy Stasia praktycznie do wszystkiego: razem z nami wybierał wózek i fotelik, łóżeczko, elementy wyprawki. Przykładamy dużą wagę do tego, żeby w żaden sposób nie czuł się pomijany czy mniej ważny. Ale też przeprowadzka nam w tym pomaga. Dzidziuś dostanie nowe łóżeczko, więc Staś też. Urządzamy nowy kącik dla dzidziusia, więc dla niego też. I to naprawdę działa!


Zaczęłaś już kompletowanie wyprawki?

Tak, ale dosłownie przed chwilą. Przez bardzo długi czas czułam, że to jeszcze za wcześnie. Chciałam wstrzymać się chociaż do tego 32. czy 34. tygodnia, kiedy ciąża nie będzie już aż tak zagrożona. Tyle, że u nas nałożyło się to z przeprowadzką do nowego mieszkania i ogromem pracy, której na marzec i kwiecień raczej nie przewidywaliśmy. Do tego doszły zamknięte w pandemii sklepy. Chociaż ze Stasiem pandemii nie było, a też pamiętam, że łóżeczko składaliśmy niemal tuż przed porodem. Może my z tych, na których adrenalina najlepiej jednak działa?

my, mamy - Joanna Pachla, Tola Piotrowskazdj. Tola Piotrowska


Twoje wyprawkowe must have – w co warto zainwestować?

Po pierwsze, w monitor oddechu. Nie wyobrażam sobie go nie mieć! Przy Stasiu włączył nam się kilka razy i to nigdy nie były fałszywe alarmy. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby nie one. Naprawdę, można zrezygnować z cudnych ubranek, kupić tańszy wózek. Ale monitor oddechu to dla mnie taki gadżet, który moim zdaniem po prostu trzeba mieć. Po drugie, jeśli nie chcemy karmić piersią, to ekspres do mleka od Beaba. Kiedyś powiedziałabym, że to zbędny sprzęt, ale po 4 latach nie wyobrażam sobie już bez niego życia. Żadne podgrzewacze nie działają tak ekspresowo i nie są tak wygodne. Dla nas to był absolutny must have wtedy i jest także teraz. A po trzecie, kosz na pieluchy. Naprawdę. Raz, że to ogromna wygoda, kiedy z każdym zawiniątkiem nie trzeba biegać do kuchni czy do łazienki, a dwa, że jednak komfort i higiena. Wiem, że dla wielu osób to jakaś abstrakcja, ale polecam najpierw spróbować, a później oceniać.


To teraz chciałabym zapytać czy jest coś, co w Twojej poprzedniej wyprawce się nie sprawdziło i wiesz, że na pewno nie pojawi się w tej?

Tu pewnie będzie kontrowersyjnie, bo to, co u nas okazało się kitem, u wielu mam będzie jednak hitem. Co na przykład? Chociażby chusty. Wiem, że wiele mam je uwielbia i nie wyobraża sobie bez nich życia, ale my mieliśmy trzy podejścia, z trzema różnymi doradczyniami, i do dziś nie pamiętam, kto płakał bardziej: czy ja, czy Staś. Te wszystkie metry materiału przy moich gabarytach to była po prostu zgroza. Na koniec wiązania oboje byliśmy już cali mokrzy, od potu i płaczu na zmianę. Dlatego tym razem – jeśli już – to zainwestuję wyłącznie w porządne nosidło. Kolejny zawód – Katarek. Już wcześniej podłączanie dziecka do odkurzacza wydawało mi się średnim pomysłem, ale dopiero jak spróbowaliśmy go użyć, zobaczyliśmy, jak szybko można rozwścieczyć nawet najpotulniejsze niemowlę. A na koniec – wszystkie te ciasne otulacze, którymi krępuje się dziecko. Tym razem rezygnujemy z nich już na samym starcie.


Na swoim blogu i instagramie poruszasz temat związku i relacji. Dużą popularnością cieszą się Twoje sesje Q&A na instagramie. Czy są takie pytania, które potrafią Cię zdziwić? Albo zasmucić?

Tak i jest ich o wiele za dużo. I to takich, które nigdy nie powinny paść. Na przykład: „Mój partner mnie bije, ale wiem, że to moja wina. Jak sobie z tym poradzić”? Albo: „Nie układa nam się, nie kochamy się, ale jesteśmy razem ze względu na dzieci. Tylko czy to dla nich dobre, kiedy słyszą, jak ich tato mnie wyzywa albo czasem je szarpnie”? Czyli wszystkie te, które od razu kwalifikują się do szufladki z napisem „przemoc”. A tymczasem ich autorki w ogóle nie dopuszczają tego do wiadomości. Nie zapala im się w głowie czerwona lampka, nie włącza żaden tryb w stylu „uciekaj”. A przecież powinien, bo to jedyny ratunek. Także dla tych dzieci. I to nawet nie są pytania, które dziwią. One smucą i przerażają. Mamy 2021 rok, tyle się mówi o relacjach, szacunku, miłości. A tu nagle kobieta pyta mnie, co może zrobić, żeby mąż jej nie bił przy dzieciach. Nie w ogóle. Tylko właśnie przy dzieciach… A ja takich historii mam niestety na pęczki.


Bardzo poruszył mnie Twój wpis na blogu „Jedno z najbardziej krzywdzących haseł? Że ciąża to nie choroba”, w którym opisałaś swoją niełatwą historię i drogę do zostania mamą po raz pierwszy. I to, jak mało w nas empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka. Domyślam się, że to nie był dla Ciebie łatwy wpis, ale na pewno pomógł wielu kobietom – pokazał, że w swoich odczuciach nie są same, że ciąża to także ból, strach i że czasami nasz organizm przechodzi ją jak chorobę właśnie.

Ilekroć słyszę, że ciąża to nie choroba, mam ochotę powiedzieć: to zabierz ode mnie objawy. To trochę jak z tym obrazkiem z górą lodową – ludzie widzą jedynie jej wierzchołek. To, co unosi się nad powierzchnią. Ale nikt nie wie, co kryje się pod wodą. U mnie wszyscy bez przerwy gratulują pięknej figury, zgrabnego brzuszka, poprawy stanu cery czy włosów. Nikt nie widzi (i całe szczęście!) takich ciążowych atrakcji jak anemia i nieustanne zmęczenie, ciągły stan zapalny dziąseł czy problemy proktologiczne. Tamten wpis był trudny, bardzo. Ale po nim odezwało się do mnie kilkadziesiąt kobiet. Wszystkie poobijanie psychicznie i wdzięczne za to, że choć przez chwilę poczuły, że nie są w tym same. Że nie tylko one borykają się z przeróżnymi trudnościami i przypadłościami, od cukrzycy ciążowej po hemoroidy. Że nie tylko one boją się tak bardzo, że nawet nie robią sobie zdjęć z brzuszkiem. Dlatego tak ważne jest, żeby tę ciążę oswajać. Ze wszystkimi jej odcieniami. A nie tylko różem i błękitem, które wiele z nas zna prędzej z Instagrama niż z własnego życia.

my, mamy - Joanna Pachla, Tola Piotrowskazdj. Tola Piotrowska

Dziękujemy za poświęcony czas i życzymy szczęśliwego rozwiązania i zdrowia dla całej, już niedługo czteroosobowej rodzinki.

Zdjęcia: Tola Piotrowska

0 komentarz
0

Może Ci się spodobać

Zostaw komentarz